Rozmowa o Związku Radzieckim z Ryszardem Kapuścińskim z 1991 roku

wpis w: Uncategorized | 0

W dwu­dzie­stą rocz­nicę upadku ZSRR przy­po­mi­namy zapis roz­mowy o Związku Radziec­kim, jaką Ryszard Kapu­ściń­ski odbył w 1991 roku

W latach 1989–1991 Ryszard Kapu­ściń­ski pra­co­wał nad książką o pie­re­strojce “Impe­rium”. W dwu­dzie­stą rocz­nicę upadku ZSRR przy­po­mi­namy zapis roz­mowy, jaką Ryszard Kapu­ściń­ski 20 lat temu odbył w nowo­jor­skiej redak­cji „Nowego Dziennika”:

ZSRR 1989–1991

Gdzie się podziać w tej przestrzeni?

Roz­mowa o roz­pa­dzie ZSRR z Ryszar­dem Kapuścińskim.

Jest to wła­ści­wie opo­wieść naszego gościa z rzadka tylko prze­ry­wana pyta­niami redak­to­rów “Nowego Dziennika”.

Nowy Dzien­nik: — Pra­cuje pan nad książką o roz­kła­dzie impe­rium sowiec­kiego. Długo pan podró­żo­wał ostat­nio po tym impe­rium. Cie­kawi nas, jak pan zdoła nadą­żyć za wyda­rze­niami tam się rozgrywającymi?

Ryszard Kapu­ściń­ski: — Tę podróż roz­po­czą­łem jesie­nią 1989 roku, gdy mimo wszyst­kich zmian ist­niały jesz­cze jakieś ele­menty sta­bi­li­za­cji. Zapla­no­wa­łem objazd śladami swo­jej poprzed­niej książki „Kir­giz scho­dzi z konia“ sprzed lat dwu­dzie­stu. Znam język, bo pocho­dzę z Piń­ska na dzi­siej­szej Bia­ło­rusi i uczy­łem się rosyj­skiego w szkole, jesz­cze przed wojną. Musia­łem szybko plan zre­wi­do­wać, gdyż skala wyda­rzeń obej­muje już całe impe­rium i nie wystar­czy dla ich uchwy­ce­nia for­muła lite­racko – sen­ty­men­talna. Roz­sze­rzy­łem więc swoją mar­szrutę, a mia­łem na to pie­nią­dze, bo mie­sięcz­nik „Ino­stran­naja Lite­ra­tura“ wydru­ko­wał „Cesa­rza“ i zapła­cił trzy tysiące rubli. To wtedy były bar­dzo duże pie­nią­dze. Komu­ni­ka­cja dla nas jako oby­wa­teli kra­jów RWPG była jesz­cze bar­dzo tania. Bilety na całą podróż sybe­ryj­ską kosz­to­wały jakieś 120 rubli. Nawia­sem mówiąc od 1 stycz­nia 1991 roku to się skoń­czyło i oby­wa­tele pol­scy płacą tyle samo co inni cudzo­ziemcy, czyli sza­le­nie drogo. Dzi­siaj więc podróż, którą odby­łem, kosz­to­wa­łaby tysiące dola­rów. Tra­fi­łem na ostatni moment.

“Prze­ple­cione” imperium

Archi­wum Ryszarda Kapuścińskiego

Posta­no­wi­łem obje­chać wszyst­kie repu­bliki i wyro­bić sobie pewien ogólny pogląd na to, co tam się dzieje. Na ogół nasze widze­nie jest bar­dzo frag­men­ta­ryczne, a 90 pro­cent obrazu pocho­dzi z obser­wa­cji poczy­nio­nych w Moskwie i paru innych mia­stach euro­pej­skiej czę­ści impe­rium. Jest to bar­dzo fał­szywy ogląd sytu­acji. Dzien­ni­ka­rze zagra­niczni bar­dzo rzadko wyjeż­dżają poza Moskwę, a jeśli tak, to tylko do jed­nego kon­kret­nego miej­sca — do Baku­czy do Kijowa.

Podró­żo­wa­łem jako “pro­sty czło­wiek”, bez żadnych ofi­cjal­nych reko­men­da­cji. Było to strasz­nie cza­so­chłonne i bar­dzo męczące. Cała podróż — z prze­rwami — zajęła mi dwa lata, w tym samej inten­syw­nej podróży było ponad rok. Wró­ci­łem stam­tąd we wrze­śniu tego roku, czyli byłem w Rosji w cza­sie próby prze­wrotu i po niej, a potem jesz­cze w Kijo­wie w momen­cie ogło­sze­nia nie­pod­le­gło­ści Ukrainy.

To, co się tam dzieje, sta­nowi feno­men histo­ryczny. ZSRR był bar­dzo szcze­gól­nym rodza­jem impe­rium. Było to impe­rium kolo­nialne, tym się jed­nak róż­niące od tra­dy­cyj­nych, zachod­nio­eu­ro­pej­skich impe­riów kolo­nial­nych, że o ile w tych ostat­nich metro­po­lia była oddzie­lona od kolo­nii, to tutaj metro­po­lia i kolo­nie były prze­ple­cione za sobą, sta­no­wiły pewną jed­ność. Stąd fał­szywe jest mówie­nie np. “Jel­cyn, pre­zy­dent Rosji“, gdyż Rosja jako pań­stwo histo­rycz­nie nigdy nie ist­niało. Skrót jest mylący, bo Jel­cyn jest pre­zy­den­tem Fede­ra­cji Rosyj­skiej, na tery­to­rium któ­rej znaj­dują się 34 repu­bliki i okręgi auto­no­miczne. Jest to olbrzymi, wie­lo­na­ro­dowy, nała­do­wany sprzecz­no­ściami kocioł. W tej chwili zacho­dzi dopiero wła­ści­wie pierw­szy etap dez­in­te­gra­cji — na pozio­mie impe­rium. Ten kraj jest jed­nak dopiero w przeded­niu dru­giej fazy roz­padu, która się roze­gra już na pozio­mie republiki.

Walka dwu biurokracji

- Ale ta faza może prze­cież zostać zatrzy­mana i chyba walka o to się toczy?

- Owszem, ale nie wie­rzę w powstrzy­ma­nie dez­in­te­gra­cji, zna­jąc ten kraj i ludzi. W wiel­kim uprosz­cze­niu, walka spro­wa­dza się do kon­fliktu mię­dzy dwiema kla­sami biu­ro­kra­cji czy nomen­kla­tury. Na ogół uprasz­czamy mówiąc, że było to impe­rium rzą­dzone przez klasę biu­ro­kra­cji. Ale wewnątrz tej klasy są bar­dzo głę­bo­kie sprzecz­no­ści i w tej chwili wła­śnie docho­dzą one do głosu. Jest to przede wszyst­kim kon­flikt mię­dzy biu­ro­kra­cją cen­tralną a biu­ro­kra­cją repu­bli­kań­ską. Ta pierw­sza jest wielką naro­ślą nad biu­ro­kra­cjami repu­bli­kań­skimi, które w wielu przy­pad­kach wcale dotąd się nie zmie­niły. To są ci sami ludzie.

Archi­wum Ryszarda Kapuścińskiego

Pro­ces “inde­pen­dy­za­cji” poszcze­gól­nych repu­blik, czyli osią­ga­nia przez nie nie­pod­le­gło­ści, jest w dużym stop­niu pro­ce­sem utwier­dza­nia się ekip neo­sta­li­now­skich, zwłasz­cza w repu­bli­kach azja­tyc­kich. Czę­sto ci, któ­rzy jed­no­znacz­nie popie­rają pro­ces zdo­by­wa­nia nie­pod­le­gło­ści, mylą to ostat­nie poję­cie z demo­kra­cją. W wielu wypad­kach jest zupeł­nie ina­czej; Azer­bej­dżan jest tu dobrym przy­kła­dem. W wielu wypad­kach ogła­sza się nie­pod­le­głość, żeby rato­wać sta­li­nizm i sta­li­now­skie struktury.

Ci sami ludzie…

- Na Zacho­dzie to rozu­mieją, prasa ame­ry­kań­ska czę­sto pisze w tym duchu…

- To dobrze, bo istotne jest nie mylić tych dwóch porząd­ków. W Azer­bej­dża­nie, Tadży­ki­sta­nie, Uzbe­ki­sta­nie miej­scowe klany neo­sta­li­now­skie poogła­szały nie­pod­le­głość, bo teraz boją się Rosjan, choć to oni do tej pory narzu­cali struk­tury przy­musu. Kiedy byłem w Ere­wa­niu, aku­rat two­rzono ormiań­ski front ludowy. Z moich wstęp­nych roz­mów wyni­kało, że ma być utwo­rzona jakaś nowa orga­ni­za­cja, nie­pod­le­gło­ściowa, demo­kra­tyczna, naro­dowa. Gdy posze­dłem na obrady, oka­zało się, że otwiera je i pro­wa­dzi pierw­szy sekre­tarz KC komu­ni­stycz­nej par­tii Armenii.

Trzeba pamię­tać zatem, że cały ten pro­ces się doko­nuje w sytu­acji, kiedy nie ma żadnych struk­tur alter­na­tyw­nych, takich jak w Pol­sce Soli­dar­ność, czy jesz­cze wcze­śniej Kościół.

- A Ruch ukra­iń­ski?

- Jest słaby, ist­nieje dopiero pół­tora roku.

- Ale prze­cież w kilku repu­bli­kach, w szcze­gól­no­ści w wiel­kich — Rosji, na Ukra­inie, w Kazach­sta­nie — odbyły się wybory powszechne na pre­zy­denta. Czyli dzia­łają chyba insty­tu­cje demokracji?

- Nie bar­dzo, wybory doko­nują się bowiem znowu w obrę­bie tej samej elity. Nie ma żadnej alter­na­tywy wybor­czej — to są ci sami ludzie. Kiedy zamyka się obwo­dowy komi­tet par­tii komu­ni­stycz­nej (obkom), to niczego nie powo­łuje się w to miej­sce. Wła­dza jest w tym momen­cie prze­chwy­ty­wana przez lokalna biu­ro­kra­cję pań­stwową, która prze­waż­nie pokrywa się ze zli­kwi­do­wa­nym obko­mem, jeśli cho­dzi o skład ludzi. Demo­kra­cja może liczyć tylko na ewo­lu­cję ich poglą­dów. Nie ma żadnej wymiany poko­le­nio­wej ani kadro­wej. Par­tie poli­tyczne opo­zy­cyjne są bar­dzo słabe. To jest m.in. klę­ska Sze­ward­na­dze i jego grupy. Odszedł on w grud­niu ubie­głego roku z nadzieją, że zbu­duje par­tię demo­kra­tyczną — to był jego cel. Roz­ma­wia­łem z nim nie tak dawno, bez­po­śred­nio po puczu sierp­nio­wym. Jesz­cze wtedy liczył, że może mu się coś uda, ale już był pesy­mi­stą, nie spo­dzie­wał się, że zdoła stwo­rzyć liczącą się siłę poli­tyczną. “Demo­kra­tyczna Rosja” i tym podobne ugru­po­wa­nia to są bar­dzo nie­wiel­kie grupy ludzi.

Wo szto wierit?“

- Kiedy u nas w sta­nie wojen­nym i póź­niej odby­wały się demon­stra­cje uliczne — wszystko miało jeden kolor. Soli­dar­ność – jedna barwa, te same sztan­dary. Nato­miast na mani­fe­sta­cji w Moskwie czy St. Peters­burgu – zupełna dżun­gla: las nazw par­tii typu regio­nal­nego, wszel­kich odcieni poli­tycz­nych, od Pamiati i Memo­ria­łów, przez anar­chi­stów, anar­cho­syn­dy­ka­li­stów, różne demo­kra­cje, monar­chi­stów… wszyst­kich. Wtedy widać, jak bar­dzo daleko zaszła tam dez­in­te­gra­cja. W dal­szym ciągu nie ist­nieje wspólna idea, hasło. Jedy­nym ele­men­tem łączą­cym jest nacjo­na­lizm, wobec czego każdy, kto pre­ten­duje do roli przy­wódcy poli­tycz­nego, hasło to wyko­rzy­stuje, bo też i nie ma innych haseł, które do ludzi by przemawiały.

Mówi się o kry­zy­sie poli­tycz­nym w Sowie­tach i oczy­wi­ście o kry­zy­sie eko­no­micz­nym – puste półki itd. Dla mnie jed­nak naj­głęb­szy jest kry­zys wiary, kry­zys war­to­ści. Spo­łe­czeń­stwo sowiec­kie jest jedy­nym w swym smut­nym rodzaju na świe­cie; jest spo­łe­czeń­stwem, które nie ma w co wie­rzyć. Pra­wo­sła­wie nigdy nie było silną, głę­boką reli­gią, a do tego zostało sku­tecz­nie prze­trą­cone przez komu­nizm. Odbu­do­wuje się bar­dzo powierz­chow­nie – w kate­go­riach litur­gii raczej niż moc­nej, głę­bo­kiej wiary. Nie ma więc Kościoła jako siły potęż­nie jed­no­czą­cej. To, co miało zastą­pić Kościół: Lenin, Sta­lin i ich ide­olo­gia — oka­zało się zbrod­ni­cze. Rosja­nie naj­czę­ściej więc pytają bez­na­dziej­nie: wo szto wie­rit?

Spi­sek prze­ciw Rosji

- Czy należy się oba­wiać nacjo­na­li­zmu wielkorosyjskiego? 

- To też jest, choć może nie na taką skalę, by mogło owład­nąć całym spo­łe­czeń­stwem. Mówię na razie o wiel­kiej pustce. Spo­łe­czeń­stwo sowiec­kie, spo­łe­czeń­stwa repu­blik nie mają żadnego, poza nacjo­na­li­zmem, kie­runku. Ludzie żyją z dnia na dzień, pozba­wieni jakiej­kol­wiek orien­ta­cji, moty­wa­cji ide­olo­gicz­nej czy etycz­nej. W tę pustkę pró­bują wejść różne siły, ale bez szcze­gól­nie dużego odzewu. Nie­wąt­pli­wie jed­nak orien­ta­cja, którą uosa­bia „Pamiat‘“, może sta­no­wić zagro­że­nie, zwa­żyw­szy na histo­rię tego kraju. W ramach tego szo­wi­ni­stycz­nego, wiel­ko­ru­skiego ruchu działa mnó­stwo róż­nych ugru­po­wań, od czy­sto faszy­stow­skich poprzez monar­chi­styczne, aż do wiel­bi­cieli tra­dy­cji. Głów­nym ide­olo­giem Pamiati jest wielki mate­ma­tyk z uni­wer­sy­tetu lenin­gradz­kiego, przy­ja­ciel Soł­że­ni­cyna, Igor Sza­fa­re­wicz. Jego fun­da­men­talną książką jest dzieło pt. „Ruso­fo­bia“, filo­zo­fię któ­rej sze­rzy też sze­reg tzw. toł­stych żurna­tów, typo­wych dla Rosjan, “cięż­kich” mie­sięcz­ni­ków. Naj­bar­dziej nacjo­na­li­stycz­nym, wręcz fana­tycz­nym orga­nem tego ruchu jest „Molo­daja Gwar­dia“, którą uzu­pe­niają dwa inne literacko-polityczne mie­sięcz­niki „Nasz Sow­rie­men­nik“ i „Moskwa“. Ich ide­olo­gia opiera się na stwier­dze­niu, że rewo­lu­cja paź­dzier­ni­kowa była mię­dzy­na­ro­do­wym spi­skiem prze­ciwko naro­dowi rosyj­skiemu. Celem spi­sku było zli­kwi­do­wa­nie tego narodu. Wyznawcy tej kon­cep­cji obli­czają, że gdyby nie było bol­sze­wi­zmu, w któ­rym prze­ciwko Rosja­nom sprzy­się­gli się wszy­scy: Żydzi, Łoty­sze, Polacy (Dzier­żyń­ski, czę­sto cyto­wany) – to naród rosyj­ski liczyłby dzi­siaj 300 milio­nów ludzi. Mało tego, twier­dzą, że nie tylko byłoby ich wię­cej, ale że “obcy” zli­kwi­do­wali naj­lep­szą część narodu, naj­zdol­niej­szych, myślą­cych itd. Nie dość  – mówią  – że została nas połowa, ale jesz­cze ta gor­sza połowa.

Tłu­miona wina

Archi­wum Ryszarda Kapuścińskiego

W świa­do­mo­ści rosyj­skiej nie­ustan­nie poja­wia się i jest tłu­miony pro­blem winy. Zostało zamor­do­wa­nych — według róż­nych sza­cun­ków — od 70 do 100 milio­nów ludzi. Pyta­nie: kto tych ludzi zabił? Gdzie są ci oprawcy ? Ażeby odsu­nąć odpo­wiedź na to pyta­nie, nacjo­na­li­ści rosyj­scy powia­dają, że to Rosja­nie byli główną ofiarą, a sprawcą ludo­bój­stwa jest mię­dzy­na­ro­dowy spi­sek. W ich spo­so­bie myśle­nia zagłada Żydów to sprawa histo­rycz­nie mało donio­sła; Katyń?  – W ogóle nie ma o czym mówić. Zbrod­nie na naro­dzie rosyj­skim – ich zda­niem – wszyst­kie te inne zbrod­nie prze­wyż­szają. W Miń­sku, gdzie są prze­cież Kuro­paty, poło­żone dziś wła­ści­wie w obrę­bie mia­sta, odkryto nie­dawno, że duży park śród­miej­ski jest rów­nież maso­wym gro­bem, w któ­rym leżą szczątki, jak się oce­nia, 300 tysięcy do pół miliona ludzi. Całe góry poro­śnięte sto­sun­kowo mło­dym lasem, zmie­niony kra­jo­braz -  ręką wystar­czy się­gnąć płytko pod powierzch­nię gruntu i natra­fia się na kości. Roz­miar tego ludo­bój­stwa jest tak straszny, że wła­ści­wie nie wia­domo co robić. Na nie­któ­rych maso­wych cmen­ta­rzy­skach pobu­do­wane są osie­dla miesz­kalne. Więc co? Burzyć te dziel­nice? Nie ma środ­ków. Sta­wia się sym­bo­liczny krzyż i tyle. Nie ma innych spo­so­bów, aby uczcić pamięć zamordowanych.

Tym­cza­sem poko­le­nie opa­no­wane pro­ble­mem winy powoli wymiera i wyra­sta nowa gene­ra­cja – bar­dzo anty­so­wiecka, ale w cynicz­nym sen­sie. Nie chce o tym wszyst­kim słu­chać, nie chce wie­dzieć – chce nato­miast maso­wej kul­tury ame­ry­kań­skiej i dobrobytu.

Bieda

Trzy zja­wi­ska cha­rak­te­ry­zują – moim zda­niem – roz­pa­da­jące się impe­rium. Wspo­mniany już kry­zys wiary, pro­blem winy i wresz­cie trze­cie – bieda. Spo­łe­czeń­stwo jest bar­dzo biedne, choć oczy­wi­ście z róż­nymi lokal­nymi warian­tami. W Arme­nii np. jest dużo jedze­nia; naj­go­rzej jest nato­miast w samej Rosji, która w grun­cie rze­czy od XVII wieku jest cią­gle zagro­żona gło­dem. Borys Godu­now upadł, bo jedna trze­cia narodu wtedy zgi­nęła z głodu.

Rosji nie sprzyja natura. Przede wszyst­kim są tu bar­dzo ubo­gie zie­mie. Dla­tego Ukra­ina jest tak ważna, bo ma jedyne płodne gleby. Nie­uro­dzaj­ność ziemi łączy się z trud­nym, zim­nym kli­ma­tem i ciem­no­ściami – krót­kim okre­sem wege­ta­tyw­nym. W Skan­dy­na­wii wypra­co­wano tech­niki, które pozwa­lają wysiać i zebrać zboże w cza­sie, na który pozwala ta sze­ro­kość geo­gra­ficzna, czyli w cztery-pięć mie­sięcy. Ale to wymaga bar­dzo wyso­kiej tech­niki, nawo­że­nia i narzę­dzi, któ­rych oni w ogóle nie mają. W tej sytu­acji Rosja, jeśli straci cały pas połu­dniowy – będzie ska­zana na per­ma­nentny głód. Pomoc żywno­ściowa z Zachodu ma cha­rak­ter doraźny i sym­bo­liczny. Na ogrom­nych obsza­rach Rosji i innych repu­blik nie ma wła­ści­wie żadnej funk­cjo­nu­ją­cej sieci dys­try­bu­cji. Więk­szej ilość żywno­ści, a tylko taka ilość dla Rosji ma zna­cze­nie – nie da się po pro­stu roz­wieźć. Zaczyna się od por­tów, któ­rych nie ma jak roz­ła­do­wać. Jakby się je jed­nak roz­ła­do­wało, to nie ma środ­ków trans­portu dalej; jakby i te się zna­la­zły – brak zupeł­nie chłodni, silo­sów, magazynów…

Dostawy żywno­ści z zagra­nicy to roz­wią­za­nie krót­ko­trwałe, jak kie­dyś po woj­nie UNRRA w Pol­sce (sam się żywi­łem ich pacz­kami w 1945 i 46 roku). Paczka star­czała na dwa-trzy dni – i co dalej?  Ilu ludzi może dostać takie paczki?

Jeśli ponury obraz sowiec­kiego rol­nic­twa, które dzie­dzi­czą repu­bliki, a szcze­gól­nie Rosja, uzu­peł­nić o wynisz­cze­nie bydła i zupełny brak dro­biu – to nie­wiele już pozo­staje nadziei. Ludzie mówią tylko o chle­bie: “żeby dostać chleb”. To pytanie-życzenie sły­sza­łem pra­wie wszę­dzie na tra­sie mojej podróży. W skle­pach pań­stwo­wych można liczyć tylko na chleb (nie zawsze); reszta to już suk­ces, święto, nad­wyżka. Można kupić jesz­cze cza­sami her­batę, rzadko cukier. Wszystko jest wpraw­dzie na kartki, ale… są tylko same kartki. Nie ma za nie co kupić. Bywają pół­zgniłe jabłka lub inny gatu­nek owo­ców rów­nie pod­łej jako­ści. Z jarzyn – w naj­lep­szym wypadku – kiszona kapu­sta. Wódka jest skar­bem, bar­dzo trud­nym do zdo­by­cia nawet na kartki. Kiedy butelka pojawi się na stole – jest święta. Bim­bru pędzi się zaś mało, bo bra­kuje cukru.

Porzą­dek dziobania

Na takiej die­cie łagro­wej trudno byłoby prze­żyć, więc ludzie mają jesz­cze dwie moż­li­wo­ści. Jedna to rynki koł­cho­zowe, gdzie jest mniej wię­cej wszystko, ale sza­le­nie drogo, a druga to zaopa­trze­nie przez zakłady pracy, o któ­rym rzadko wie­dzą kore­spon­denci zachodni, bo się z tym nie sty­kają. Jest to cał­kiem roz­wi­nięty sys­tem, który do reszty wypłu­kuje ubogi rynek, nie tylko zresztą żywnościowy.

Działa tu układ przy­wi­le­jów. Np. redak­cja gazety zawiera umowę z jakimś zakła­dem odzie­żo­wym (szvej­nym zawo­dom). Przy­jeż­dża cię­ża­rówka ubrań do redak­cji, gdzie ma stać – powiedzmy – od 10 rano do dru­giej po połu­dniu. Wtedy, w zależ­no­ści od sta­no­wi­ska, pra­cow­nicy gazety dostają prze­pustki na okre­śloną godzinę, kiedy mogą z takiej cię­ża­rówki coś kupić. Dyrek­cja dostaje oczy­wi­ście na godzinę 10, kiedy samo­chód jest jesz­cze pełny. Naj­niżsi w hie­rar­chii pra­cow­nicy – “hołota”, “klasa robot­ni­cza” – mogą nato­miast podejść do cię­ża­rówki dopiero na samym końcu, kiedy niczego już pra­wie nie ma. Ludzie są potem bar­dzo dziw­nie ubrani. Każdy wkłada to co ma – wystrzę­pione por­tki do super­ele­ganc­kich wło­skich butów, które skądś nagle się trafiły.

Ubó­stwo jest więc nie­zmierne, choć może dosłow­nie ludzie z głodu nie umie­rają. Śmier­tel­ność jed­nak nie­sły­chana, w tej chwili poni­żej 60 lat dla męż­czyzn. Naj­więk­szym pre­zen­tem, przyj­mo­wa­nym entu­zja­stycz­nie, jest strzy­kawka jed­no­ra­zowa. Zawsze wozi­łem ze sobą strzy­kawki, wie­dząc, że jak się roz­cho­ruję, to tylko to mnie może ura­to­wać. Pod koniec podróży strzy­kawki te roz­da­wa­łem i to zawsze był wspa­niały upo­mi­nek. Mnó­stwo zaka­żeń nastę­puje wsku­tek braku strzy­ka­wek i higieny w służ­bie zdrowia.

Czołgi i arbuzy

- Czy zamach stanu w sierp­niu zastał pana w Moskwie?

- Nie. Aku­rat byłem w War­sza­wie, dokąd wła­śnie wró­ci­łem z Afryki, i koń­czy­łem repor­taż dla “Inde­pen­dent”. Poszu­ka­łem natych­miast spon­sora, zadzwo­ni­łem do kole­gów i do Moskwy dotar­łem dopiero trze­ciego dnia. O dziwo, nie było żadnego pro­blemu, by się dostać do mia­sta. Z daleka dzia­łała bowiem fał­szywa optyka tele­wi­zyjna. Naprawdę, na mie­ście się nic nie działo, mimo dra­ma­tycz­nych obra­zów spod par­la­mentu rosyj­skiego wysy­ła­nych w świat. Cały zamach stanu roze­grał się na takim mniej wię­cej odcinku, jak mię­dzy Piątą a Szó­stą Aleją na Man­hat­ta­nie. Wszyst­kie ekipy tele­wi­zyjne fil­mo­wały dokład­nie to jedno miej­sce. Kolega wyje­chał po mnie na Sze­re­mie­tiewo, poje­cha­li­śmy do samego mia­sta, ale trudno mi było go namó­wić, byśmy zoba­czyli, co się dzieje pod par­la­men­tem. Mówił, że sko­czymy tam, jak będzie chwila czasu bo nic spe­cjal­nego na razie się nie dzieje. Przy­je­cha­li­śmy w końcu na Nabie­rieżną, nie­zbyt ruchliwą ulicę. Z jed­nej strony stały czołgi, a z dru­giej tłum ludzi, ale aku­rat wtedy nie dla obrony par­la­mentu, tylko dla­tego, że arbuzy rzu­cili i usta­wiła się długa kolejka.

Cztery armie i bandytyzm

- Czy ist­nieje moż­li­wość wojny domo­wej w ZSRR, jeśli np. woj­sko opo­wie się zde­cy­do­wa­nie po któ­rejś stro­nie w tym chaosie?

- Nie sądzę. Nie ma nastroju. Mogą być jakieś star­cia poszcze­gól­nych oddzia­łów, ale wąt­pię w moż­li­wość wybu­chu kon­fliktu zbroj­nego na ogólną skalę. Armia roz­łazi się w poszu­ki­wa­niu jedze­nia, żołnie­rze w bar­dzo wielu miej­scach bez zezwo­le­nia wycho­dzą z koszar, ale jed­no­cze­śnie nie widać prób zor­ga­ni­zo­wa­nia jakiejś zbroj­nej opo­zy­cji. Co nato­miast jest naprawdę groźne, to bar­dzo roz­wi­nięty zbrojny ban­dy­tyzm. Broń jest ogól­nie dostępna i tania. Mój kolega jechał nie­dawno samo­cho­dem z Brze­ścia do Moskwy i dwu­krot­nie został ostrze­lany. Roz­wa­lili mu przed­nią szybę, ale on – zna­jąc reguły gry – nie zatrzy­mał się, tylko wybił sobie dziurę w roz­pry­śnię­tym szkle i jechał dalej. Zaraz potem, samo­chód został postrze­lony z tyłu, ale on już nawet nie spoj­rzał, lecz dodał gazu. Ban­dyci sie­dzą w lasach i strze­lają. Jak się ktoś nie­opatrz­nie zatrzyma – staje się ich ofiarą. Dużo jest walki i śmierci z ban­dy­ty­zmu; prze­do­staje się to zja­wi­sko już do Pol­ski w cał­kiem dużej skali. Sze­fo­wie band sowiec­kich sie­dzą w War­sza­wie – w naj­lep­szym hotelu Mar­riott i stam­tąd pro­wa­dzą swoje interesy.

Wra­cam do odpo­wie­dzi na pyta­nie, czy moż­liwy jest nowy pucz woj­skowy. Owszem, ale wła­dza, która by się z niego wyło­niła będzie krót­ko­trwała i bez żadnego auto­ry­tetu. Armia jest roz­przę­żona – wła­ści­wie nie ist­nieje już jako armia, lecz jako jednostki.

W Związku Sowiec­kim, o czym przy takich roz­wa­ża­niach trzeba pamię­tać, są cztery armie, w tym dwie naj­sil­niej­sze, ale bar­dzo różne od sie­bie. Pierw­sza to Armia Czer­wona,  sowiet­skaja armia, to żołnie­rze z czar­nymi pago­nami i lite­rami “SA”. Druga armia, rów­no­le­gła, uzbro­jona wła­ści­wie jak ta pierw­sza (a nie­kiedy lepiej) — w czołgi, rakiety, arty­le­rię — to Wnu­trien­nyje woj­ska, które mają czer­wone pagony i litery “WW”. Każda ma swoje wła­sne dowódz­two, sys­tem łączno­ści, sztaby itd. Poza tym ist­nieją jesz­cze dwie duże armie: “PW”, czyli pogra­nicz­nyje woj­ska, i woj­ska kole­jowe (żele­zno­do­roż­nyje woj­ska). Nie można więc pytać po pro­stu, co zrobi armia? Zależy, która armia. I zależy, gdzie. Wszyst­kie te woj­ska mają wła­sne okręgi, a co naj­waż­niej­sze — inne składy narodowościowe.

Roz­przę­że­nie w wojsku

Armia Czer­wona dowódz­two ma rosyj­skie, ale skład żołnie­rzy — wie­lo­na­ro­do­wo­ściowy. Jest to woj­sko naj­słab­sze, choć na Zacho­dzie uwa­żane za naj­po­waż­niej­szą siłę. Ma naj­więk­sze pro­blemy wewnętrzne, gdyż odbi­jają się tam kon­flikty naro­do­wo­ściowe. Jedna trze­cia rekru­tów tej armii to teraz Azjaci, muzuł­ma­nie. Jej skład się zmie­nia zresztą dalej w tym kie­runku, m.in. wsku­tek odpad­nię­cia Pri­bał­tyki, a teraz odmowy dostar­cza­nia rekruta przez Ukra­inę itd. W armii tej są wiel­kie kon­flikty, walki naro­do­wo­ściowe, reli­gijne, mnó­stwo zabójstw jed­nych żołnie­rzy przez dru­gich. Ist­nieją spe­cjalne orga­ni­za­cje matek, które w woj­sku, w cza­sie pokoju, utra­ciły synów.

Żołnie­rze w trampkach

Woj­ska wewnętrzne to for­ma­cja naj­bar­dziej eli­tarna i w skła­dzie swym naj­bar­dziej rosyj­ska. Nastę­puje tu już jed­nak także wiel­kie pęk­nie­cie, gdyż do tej pory Ukra­iń­ców i Rosjan trak­to­wano tu jak jeden naród. Teraz się to zmieniło.

Dez­in­te­gra­cja tych armii, liczą­cych razem 3,5 miliona ludzi, wyszła na jaw pod­czas sierp­nio­wego puczu, kiedy poszcze­gólne dywi­zje brały stronę jedną lub drugą. Nie wal­czyły one wpraw­dzie ze sobą, ale jedne brały udział w puczu, a dru­gie odma­wiały i dekla­ro­wały wier­ność Jel­cy­nowi. Ponadto, w woj­skach tych ist­nieje sza­lona roz­bież­ność mię­dzy skła­dem gene­ral­skim, super­elitą, a masami niż­szych ofi­ce­rów i żołnie­rzy. Gene­ra­li­cja, jak się oka­zało znów pod­czas puczu, nie ma z nimi żadnego kon­taktu, nie wie co się tam dzieje. Ofi­ce­ro­wie, nie gene­ra­ło­wie, to ubo­dzy ludzie. Cho­dzą w straszny upał w cie­płych mun­du­rach, bo nie mają niczego innego do wło­że­nia. Ofi­ce­ro­wie biorą też udział w opo­zy­cji, w wie­cach, zgro­ma­dze­niach. Kiedy nad­je­chały zdo­by­wać par­la­ment rosyj­ski dwie dywi­zje wysłane jesz­cze przez Jazowa — oka­zało się, że z nowo­cze­snych czoł­gów wycho­dzili żołnie­rze w tramp­kach. Nie mieli butów. Kobiety agi­to­wały żołnie­rzy, żeby nie strze­lali, ale naj­pierw musiały pognać do domu po jedze­nie. To woj­sko było po pro­stu głodne. Żołnie­rzy nakar­miono i wygrany został ele­ment psy­cho­lo­giczny. Woj­sko poczuło, z kim powinno pójść.

Nada tier­piet

- Czy jed­nak nie grozi całej wręcz Euro­pie zalew tych głod­nych Rosjan, może nawet uzbro­jo­nych żołnie­rzy, czego wielu poli­ty­ków się obawia?

- Nie ma wiel­kiego ruchu w tym kie­runku. Jest, owszem, emi­gra­cja. W Pol­sce np. jest, według naszych sza­cun­ków, ok. 700 tysięcy Rosjan i innych wschod­nich naro­do­wo­ści, ale oni przede wszyst­kim pra­cują, są nawet bar­dzo dobrymi, poszu­ki­wa­nymi robot­ni­kami. Rosja­nie w całej swej histo­rii prze­ja­wiali filo­zo­fię cier­pie­nia. Gdy się ich pyta: jak ty żyjesz za 60 rubli na mie­siąc, odpo­wia­dają: Nada tier­piet, życie na tym polega. Dru­gie takie powie­dze­nie, które czę­sto się sły­szy to: Nie­kuda die­vat­sia — nie ma się gdzie podziać; tu jesteś, tu musisz być, bo gdzie się podzie­jesz. I wresz­cie trze­cia mak­syma tej potocz­nej filo­zo­fii życio­wej to: tak dobrze, jak było dzi­siaj, to już nigdy nie będzie. Ciesz się z dnia. Nie widać, żeby ludzie się poważ­nie buntowali.

Jest walka, żeby zdo­być towar w skle­pie, jest ban­dy­tyzm, o któ­rym mówi­łem. Ale nie zor­ga­ni­zo­wana rewolta. W sumie, myślę, że mamy tu do czy­nie­nia z pre­ce­den­sem histo­rycz­nym, dla któ­rego nie ma żadnych roz­wią­zań. Będzie się toczył dłu­go­trwały pro­ces roz­padu i być może budo­wa­nia na nowo. Można mieć tylko nadzieję, że mniej wię­cej poko­jowo. Pro­ces ten stop­niowo i bar­dzo długo będzie może sca­lał to zato­mi­zo­wane spo­łe­czeń­stwo, te różne narody. Dziś naj­czę­ściej uży­wają tam okre­śle­nia pro­stran­stwo — “prze­strzeń” — na ozna­cze­nie miej­sca, gdzie żyją. Z cza­sem, te różne prze­strze­nie, o któ­rych się mówi: prze­strzeń eko­no­miczna, prze­strzeń demo­kra­cji, nabiorą bar­dziej pre­cy­zyj­nego zna­cze­nia. Dyna­mika tych spo­łe­czeństw, ich ener­gia, szuka dopiero dla sie­bie formuły.

Oprac. Piotr Stasiński, "Nowy Dziennik", 28-29 grudnia 1991